PROZA, czyli językowe barwy świata i życie codzienne

TROCHĘ OPOWIEŚĆI...


Rozdział I "Moja historia"

Cześć. Nazywam się Amy Kirk. Niedawno mieszkałam na przedmieściach Bostonu ale musieliśmy się przeprowadzić do Stratford. Uwielbiałam Justina Bieber. To był mój idol. Po prostu byłam w stanie zrobić wszystko, aby zobaczyć go na żywo. Bardzo cieszyłam się, że przeprowadzamy się do jego rodzinnego miasta, pomimo tego, iż musiałam opuścić moje miasto, szkołę i co najgorsze przyjaciół. No, ale cóż, nie miałam wpływu na decyzję moich rodziców. Na szczęście poznałam tutaj pewną dziewczynę, która jest teraz moją najlepszą przyjaciółką. Nazywa się Katherine Honses. Też jest fanką Justina, a więc jest mi raźniej. Naszym marzeniem było zobaczyć go na żywo. Słysząc jego głos i oglądając jego zdjęcia mamy miękkie nogi. Po prostu jest boooski! Nasi rodzice wmawiali nam, że on zlasuje nam mózg. My myślałyśmy inaczej. Gadałyśmy o nim 24/7 haha! Po prostu go kochałyśmy. Niestety była to miłość platoniczna. Ale i tak wiedziałyśmy, że on nas kocha. W końcu sam mówi, że kocha wszystkie swoje fanki. Kiedy pewnego razu oglądałyśmy wywiad, w którym dziennikarka zapytała go, czy może być ze swoją fanką, a on to potwierdził, byłyśmy w niebo wzięte. Zawsze miałyśmy nadzieję, że zagra w naszym mieście koncert. W końcu to jego rodzinne miasto i z pewnością go nie pominie. Aż pewnego dnia...

Rozdział II "Niespodzianka"

Aż pewnego dnia...
Zasiadłyśmy przed komputerem. Postanowiłyśmy wejść na myspace, gdzie była dokładna rozpiska koncertów Justina. Tak więc uczyniłyśmy. Nasze oczy nie mogły uwierzyć! Napisane było, że już za tydzień (a był 07.07.2010) czyli 14 lipca odbędzie się koncert w Stratford. Zaczęłyśmy piszczeć i skakać z radości.
- Zaraz, ale czy nasi rodzice nasz puszczą? - zapytała Kat.
-Myślę, że tak. Chociaż mam wątpliwości, ale wymyśli się coś. Nie martw się. Nasze piękne oczęta powinny ich przekonać - powiedziałam śmiejąc się.
-Może masz rację - odparła Kat po czym zadzwoniłyśmy do rodziców.
-Cześć mamusiu - przywitałam się.
-Cześć Amy. Mów co znów chcesz?
-Wiesz, że kocham Justina. Moim, to znaczy naszym, marzeniem, Kat i moim jest zobaczenie go na żywo. Przed chwilką wyczytałyśmy, że za tydzień odbędzie się jego koncert u nas w Stratford. Chciałam zapytać czy nie masz nic przeciwko?
-Amy. Mówiłam Ci żebyś go nie słuchała...ale dobrze wiem jak to jest być fanką która jest zakochana po uszy w swoim idolu choć to bezsensowna miłość więc pozwalam Ci iść. Myślę, że tatę trudniej przekonasz ale trzymam za Ciebie kciuki - odparła mama śmiejąc się.
-Na prawdę?! Dziękuję i tak porozmawiam z tatą. Muszę tylko znaleźć dobre argumenty ale wierze, że uda mi się go przekonać. Kocham Cię pa pa! -wykrzyczałam i rozłączyłam się. [...]

Daria Mierzwa

Co było dalej? Zaglądajcie na stronę - niedługo dowiecie się więcej...






"To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu"
Zacznijmy od tego, że uwielbiam klub piłkarski Manchester United. Wyjazd do Manchesteru, aby zobaczyć ich stadion (Old Trafford), był dla mnie największym marzeniem. I ...to marzenie się spełniło 9 lipca 2008 roku. Wyjechałam wraz z niewielką grupą Polaków (8 osób) do Anglii w nagrodę za wysokie wyniki sportowe. Lot samolotem był bardzo nudny. Po trzech godzinach nudy w końcu wylądowaliśmy na lotnisku w mieście moich mistrzów - Manchesterze. Wraz ze mną leciała inna wielka kibicka "Red daviis" - Ola.
- Jak myślisz, pojedziemy do naszego TEATRU MARZEŃ /Old Trafford/ - zapytała nieśmiało.
- Nie mam bladego pojęcia, ale mam nadzieję - uśmiechnęłam się szeroko i poszłyśmy na odprawę.
Odprawa przebiegła szybko. Po chwili przyjechał po nas autokar i ruszyliśmy w drogę. Mieliśmy zakwaterowanie w pięknym akademiku. Jechaliśmy do niego ok. 2 godz. Przez całą drogę, każdy z nas, był skupiony na podziwianiu miasta. Kiedy w końcu dojechaliśmy, mogłam nareszcie rozprostować nogi. Jazda przez 2 godziny w raczej niewygodnym autokarze nie jest przyjemna.
- Witam! - przywitał się z nami po angielsku organizator naszego pobytu w Anglii.
-Dzień dobry! - krzyknęliśmy chórem.
Po tak miłym powitaniu, ów uroczy Pan 'oprowadził i zaprowadził ' nas do pokoi. Pokoje były dwuosobowe, no i oczywiście, zamieszkałam z Olą. Mężczyzna, gdy już rozdał wszystkie klucze, powiedział, że mamy stawić się za 30 minut w budynku obok, by omówić szczegóły naszego pobytu w Anglii. Akademik był niesamowity - duży i ... brak mi słów. Byłam szczęśliwa, że mogłam spędzić tu aż 5 dni.
- Ale tu jest super! - wykrzyknęła Ola i zaczęła się rozpakowywać.
- Tiaaa... Też mi się tu strasznie podoba i ... podobnie jak moja współlokatorka, zaczęłam się rozpakowywać.
- Uhhh... nienawidzę tego! - jęknęłam - ale cóż, i tak muszę to zrobić!
Chodziło oczywiście o wypakowanie, układanie i ...
Kiedy w końcu skończyłyśmy - uff-wybrałyśmy się do głównego budynku na umówione spotkanie z organizatorem.
- Dzisiaj - zaczął - dojedzie do nas jeszcze angielska, niemiecka i francuska młodzież.
- O jeny... - zamartwiał się Kuba, który nie widomo, dlaczego nienawidzi Francuzów.
- I jeszcze przed kolacją zagracie z nimi w kosza - kontynuował pan Michał.
- Jutro natomiast, leciutki trening na pływalni, malutka przebieżka, a pojutrze... - uśmiechnął się - wyjazd na sztuczny stok i wizyta na Old Trafford! - krzyknął.
- Jeeest! - wykrzyknęłyśmy z Olą tak głośno, że było nas słychać chyba w Bielsku!
Następne pozycje planu zajęć - sport, sport i jeszcze raz sport. Nie mogłam doczekać się piątku, czyli dnia wyjazdu na stadion! Obcokrajowcy bardzo fajni, ogólnie super. Nadszedł piątek. Byłam tak podekscytowana, że trzęsły mi się ręce i nogi maiłam jak z waty. W końcu wsiadłyśmy do autokaru - ruszamy Jazda trwała ok. jednej godziny. Kiedy w końcu zobaczyłam "Teatr Marzeń", miałam motyle w brzuchu. Widok był imponujący - idealna konstrukcja i ten czerwony, ogromny napis MANCHETER UNITED. Byłam zachwycona.
- O ranyyy! - nie mogłam oderwać wzroku od ukochanego celu wszelkich snów.
Podziwiałam wszystko, co mnie otaczało - po prostu bajka. Szczęście me dopełniło się, gdy zobaczyłam, Cristiano Ronaldo, mojego ulubionego piłkarza!
- Czy mogę autograf? - zapytałam nieśmiało.
- Ależ oczywiście! - odpowiedział.
Podpisywał mi się w zeszycie, w którym było napisane moje imię.
- Ależ Ty masz piękne imię - powiedział z zachwytem i uśmiechnął się.
- Dziękuję! - odrzekłam i zalałam się pąsem.
Po krótkiej pogawędce z piłkarzem poszłam do sklepu dla fanów. Kupiłam bardzo dużo rzeczy - będą mi przypominały piękne chwile. Zrobiłam też, oczywiście, całkiem sporo zdjęć - wrócę, to powzdycham sobie do nich. W końcu przyszedł czas odjazdu. Byłam bardzo smutna, łezka kręciła się w oku. Kolejne dni pobytu w Anglii, też były fajne, ale naj..., naj..., najlepszym dniem, był oczywiście dzień na wymarzonym stadionie. Myślę, że dzień ten mogę śmiało zaliczyć do najszczęśliwszych dni w moim życiu. Udowodniłam sobie, że marzenia się spełniają. Nie zapomnę tego do końca życia!

Arletta Kumorek




"Moje spotkanie z duchem"
Wydarzenie, o którym napiszę, miało miejsce 23 maja 2008 roku. Był piękny, słoneczny i ciepły dzień. Razem z rodzicami i bratem wybrałam się na wycieczkę do zamku w Nidzicy.. mieliśmy tam spędzić cały weekend. Wyjechaliśmy wcześnie i na miejscu byliśmy ok. 10 rano. Tata i mama poszli po klucze do naszych pokoi, a ja zostałam z bratem.
- Grzegorz, wierzysz w duchy? - zapytałam.
- Że co? Nie jestem dzieciakiem jak Ty, by wierzyć w duchy - odburknął.
- Tak tylko pytam - zafuczałam.
Po tak nieudanej wymianie zdań z bratem, postanowiłam pójść nad jezioro.
Jezioro było spokojne, bez żadnej fali. Pomyślałam, że warto by było zamoczyć nogi. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Siedziałam nad wodą, myśląc o wszystkim i o niczym, prawie dwie godziny. Potem wróciłam i poszliśmy wszyscy na obiad.
- Woda w jeziorze była ciepła? - zapytała mama. - Ciepła. Szkoda, że nie wzięłam stroju - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Taak... wody w jeziorach zawsze są cieplejsze od... - wtrącił tata, nie kończąc niestety swojej wypowiedzi.
- Mamo - zapytałam - mam ochotę na spacer, mogę po obiedzie się przejść?
- Idź, idź i nie wracaj - odezwał się 'słodki braciszek' z przekąsem.
- Grzegorz! - krzyknęła mama. - Możesz iść, ale za jakąś godzinę wróć - już spokojnie odpowiedziała na moje pytanie.
Podziękowałam i szybko poszłam.
Niedaleko zamku roztaczał się piękny las. Po chwili zastanowienia poszłam w jego kierunku. W lesie był idealny spokój. Zasłuchana z śpiew ptaków poruszałam się powolutku, żeby nie narobić zbytniego hałasu. Nagle, pociemniało i zaczął padać deszcz, stało się dziwnie zimno. Co jest? - pomyślałam, przecież nic nie zapowiadało załamania pogody. Ze strachem w oczach, ruszyłam jednak dalej. Nagle..., coś pociągnęło mnie za bluzkę. Krzyknęłam przeraźliwie, ale gdy się odwróciłam, nikogo nie zauważyłam.
- Coś tu nie tak - pomyślałam i ruszyłam szybko w głąb lasu. I gdy przeszłam, a raczej przebiegłam kawałek drogi, jak za dotknięciem czarodziejskiej różyczki - pojaśniało, zrobiło się ciepło i wyszło słonko. Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam, że jestem niedaleko zamku.
- Dziwne? - pomyślałam i wróciłam do rodziców. O tym, co wydarzyło się w lesie nikomu, oczywiście, nie powiedziałam.
W pokoju, który dzieliłam z bratem, panował półmrok. Grzegorz już smacznie spał. Położyłam się też do łóżka, ale przez te wydarzenia w lesie nie mogłam zasnąć. Naraz coś huknęło, aż mój brat się obudził.
- Co robisz? - zapytał gniewnie.
- To nie ja - powiedziałam ze strachem.
Znów usłyszeliśmy trzask za oknem. Grześ wstał i podszedł do okna. Z niepokojem patrzyłam na niego.
- Nic tam nie ma - rzekł, odwracając się do mnie.
Gdy jednak ponownie wyjrzał przez okno, ukazała się zamaskowana twarz człowieka. Brat odskoczył od okna jak oparzony i stanął przymnie. Tak, to był DUCH. Nagle, jak grom z jasnego nieba, pokazały się jeszcze cztery zjawy, bardzo do siebie podobne, i zrobił się potworny rumor. Strach nas sparaliżował. Nie mogłam - mój brat chyba też - wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Wtem, przed nami stanęło jeszcze jedno widziadło. Nie było jednak straszne, wzbudzało zaufanie. Była to młoda dziewczyna, ładna dziewczyna.
- Nie bójcie się. Nic Wam nie zrobimy - i wskazała swoją przeźroczystą dłonią zjawy.
- To dlaczego nas straszą? - zapytałam pełna lęku.
- Nie mają złych zamiarów, ani nie chcieli Was przestraszyć. Przyszli Was ostrzec i przekazać dobrą radę - powiedziała śpiewnym głosem dziewczyna.
- Za życia byli bardzo bogaci i myśleli, że to wystarczy, by mieć, a może kupić wielu przyjaciół. Życie ich jednak doświadczyło i stracili cały majątek. Wraz z utratą pieniędzy, zniknęli też 'przyjaciele'. Wtedy zrozumieli, że za pieniądze nie można kupić wszystkiego, zwłaszcza prawdziwych przyjaciół - po tej opowieści dziewczyna uśmiechnęła się do nas życzliwie i zniknęła, a wraz z nią owe cztery zjawy. Zauważyłam, że przed zniknięciem duchy też się do nas uśmiechnęły - a może mi się tylko wydawało?
O przeżyciach nocnych nikomu z bratem nie powiedzieliśmy. Nikt i tak by nam nie uwierzył. Ważne jednak jest to, że naszymi przyjaciółmi są osoby, na które zawsze możemy liczyć i które pomogą nam w każdej sytuacji.

Joanna Czugan




TROCHĘ UCZUCIA...

Drogi Ukochany!

Piszę do Ciebie, ponieważ od ostatnich wakacji minęły zaledwie dwa tygodnie, a ja już za Tobą tęsknię!
Zakochani inaczej czas liczą... nie sądzisz?
Od naszego pierwszego spotkania czułam się jakoś inaczej. Na Twój widok drżał mi głos, zachowywałam "jak nie ja" i czułam się nieswojo. Działo się ze mną zdecydowanie coś dziwnego. Ponieważ jesteś moją pierwszą miłością, nie rozpoznałam zupełnie w tych "objawach" zakochania. Dopiero, kiedy opowiedziałam o Tobie mojej babci, wszystko stało się jasne. Ona to właśnie wytłumaczyła mi to, co nazywamy miłością, pięknymi słowami: " Oto jest miłość. Dwoje ludzi spotyka się całkiem przypadkiem, a okazuje się, że czekali na siebie całe dotychczasowe życie". I wtedy zrozumiałam - muszę coś zrobić. I dlatego też ten list do Ciebie.

Pamiętam tę sytuację, jakby to było wczoraj, kiedy niby przypadkiem wpadłam na Ciebie z lodem. Byłeś cały umazany i brudny. No i stało się... pierwsze spojrzenia, gesty, delikatne uśmiechy. Wszystko jak w bajce, jak w filmie z happy end'em. Byłam taka szczęśliwa, kiedy zapytałeś mnie, czy będę z Tobą. Czułam się wspaniale, tak..., nie umiem nawet nazwać tego słowami. Wiedziałam, że dużo zmieni się w moim życiu. I nie myliłam się..., trzymanie za rękę, pocałunek w policzek, ciche szepty. Przewróciłeś moje życie do góry nogami. Przedtem temat miłości, zakochania był dla mnie śmieszny. Nie wierzyłam w "miłość od pierwszego spojrzenia", bo niby jakby była możliwa? A prawdziwa miłość, magia zakochania? Te pojęcia były mi zupełnie obce. To Ty, mój Kochany, pokazałeś mi, na czym polegają te dwa niezwykłe uczucia. To dzięki Tobie poznałam sens swojego istnienia. To dla Ciebie żyję, dla Ciebie oddycham. W końcu zrozumiałam, na czym tak naprawdę polega miłość... i za to Ci dziękuję!

Kończę już mój list, gorąco Cię pozdrawiam i całuję! Proszę - jeśli oczywiście masz ... - o odpowiedź! Już nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z Tobą! Kocham Cię bardzooo mocnooo!

Arletta

PS. Proszę Cię jeszcze o jedno, zapamiętaj te piękne słowa: "... kochać to dawać innym nadzieję... kochać to cyć dla innych przyjacielem..." - tego Ci życzę.

Arletta Kumorek




Droga Patrycjo!

W pierwszych słowach mojego listu gorąco i serdecznie Cię pozdrawiam. Dziękuję Ci za list, który sprawił mi ogromną radość.
Pisałaś, że czytałaś wiersz ks. Jana Twardowskiego, który bardzo Ci się podobał i zaciekawił. Również i ja czytałam wiersze tego autora, gdyż omawialiśmy je na lekcjach języka polskiego.

Muszę przyznać, że wiersze tego autora kryją w sobie wiele wskazówek i rad, według których powinno się postępować. Ksiądz Jan Twardowski w swoich utworach mówi nam, jak dobrze żyć, jak być szczęśliwym, co w życiu jest najważniejsze. Od niego właśnie nauczyłam się dostrzegać prawdę, dobro i piękno w otaczającym nas świecie. Te wartości są głównym składnikiem ludzkiego szczęścia. Człowiek bowiem, żeby być szczęśliwym, powinien zauważać, że małe i skromne też jest piękne, ponieważ, jak sama wiesz, "nie wszystko złoto co się świeci". Nauczyłam się również patrzeć na smutki z radością, bo tylko tak można dojrzeć to, co naprawdę ważne. Wszyscy powinniśmy uczyć się miłości, tolerancji, przebaczania, skromności, szacunku, uśmiechu i pokory. Każdy z nas został stworzony po to, żeby być szczęśliwym. Nawet człowiek z wadami /któż ich nie ma?/, gdyż wady są ludzkie i powinny zbliżać człowieka do człowieka, a nie oddalać. Samotnie bowiem ciężko pracować nad sobą, by stawać się lepszym.
Od ks. Jana Twardowskiego nauczyłam się jeszcze jednej ważnej rzeczy, że w życiu powinniśmy kierować się prawdą, dobrem i pięknem, ponieważ tylko te wartości uczynią nasze życie wartościowym, uwrażliwią na potrzeby innych i sprawią, że będziemy myśleć i o sobie, i o innych z miłością.

Kończę list, choć myślę, że temat niewyczerpany... - mam nadzieję, że Cię nie zanudziłam. Myślę, że kiedy się spotkamy, wtedy będziemy mogły szerzej porozmawiać o poezji, i nie tylko, ks. Jana Twardowskiego.

Serdeczne pozdrowienia i do zobaczenia wkrótce.

Asia

PS. Nie zapomnij wziąć na spotkanie tomiku ks.J.T.

Joanna Czugan




TROCHĘ REFLEKSJI I OCEN...

"Potencjalny wróg - wybawcą"

Po II wojnie światowej stosunek Polaków do narodu niemieckiego pozostawiał wiele do życzenia. Co prawda po części jest on uzasadniony, lecz czy można uogólniać? W tej pracy chciałabym opowiedzieć o obejrzanym przeze mnie filmie, który jednocześnie odpowiada na to pytanie.

Mowa o "Liście Schindlera" - dramacie powstałym w 1993 r. w USA pod okiem cenionego reżysera Stevena Spielberga. Jest to film oparty na faktach, faktach wstrząsających. Opowiada bowiem o Oskarze Schindlerze, Niemcu, który uratował ponad 1000 Żydów przed zagładą w obozach koncentracyjnych, zatrudniając ich w swoich fabrykach. Był to człowiek, moim zdaniem, niezwykły, dla którego cenne było każde życie bez względu na to, do kogo należało. Sądzę, że jest on dowodem na to, że nie wszyscy Niemcy są okrutni.

Film przybliżający nam postać tak wspaniałego człowieka ma również wiele innych zalet. Mnie osobiście podobały się bardzo 'zabiegi kolorem' (konwencja czarno-biała i... czerwony płaszczyk dziewczynki) oraz świetnie skomponowana muzyka Johna Williamsa, które niesamowicie podkreślały istotne elementy filmu. Jestem również pełna podziwu dla wspaniałej obsady aktorskiej, czyli dla, między innymi, Liama Neesona (Oskar Schindler), Bena Kingsleya (Itzak Stern) oraz Ralpha Fiennesa (Amon Göeth). Całość jest interesująca i nie nudzi, pomimo długiego czasu trwania filmu, co również zawdzięczamy scenarzyście Stevenowi Zaillianowi. Jednak do mnie najmocniej trafiło jedno zdanie, wypowiedziane przez Schindlera, które mówiło o tym, że władza polega na tym, by mając powód do zabicia kogoś, darować mu. Myślę, że to przepiękne zdanie zapamiętam naprawdę na długo, gdyż chyba właśnie ono najbardziej utkwiło mi w pamięci i zrobiło ogromne wrażenie.

Dziękuję Bogu, za to, że istnieją tacy ludzie, którzy potrafią się wybić, iść pod prąd, robiąc cos dobrego. Kiedy oglądałam ten film razem z moją rozwrzeszczaną klasą, były momenty, kiedy wszyscy zupełnie cichli i patrzyli na ekran w skupieniu. Jest to właśnie taki rodzaj filmu, którego nie da się inaczej oglądać, jak w ciszy i skupieniu.

Moim zdaniem "Lista Schindlera" jest naprawdę warta obejrzenia! Ponieważ... oprócz wielu zalet, nazwijmy je techniczne, posiada jeszcze te o wiele ważniejsze - opowiada straszną historię o tych, którzy bestialsko mordowali, pokazując jednocześnie, że byli również tacy, co ratowali ludzkie życie . Gorąco polecam!

Judyta Sowa "Życie - wartość największa" "Wolno narażać człowieka dla ratowania innego człowieka, jeśli chodzi o rzeczy większe niż życie ludzie" - słowa te wypowiada jeden z bohaterów dramatu Leona Kruczkowskiego, Joachim Peters. Stwierdzenie to, jest dla mnie, bardzo kontrowersyjne. Czy jest bowiem rzecz większa niż życie ludzkie? Dla mnie osobiście - nie. Uważam, że nasze istnienie jest wartością najwyższą samą w sobie, bez względu na to, jakie ono by nie było. Wyznaję zasadę, że życie jest darem od Boga i tylko on może nam je odebrać, my nie mamy do tego prawa. Życie jest święte. A jeżeli jest święte, to jakie prawo do decydowania o nim mamy my, grzeszni ludzie?! Wynika z tego, że skoro nie ma rzeczy większej niż życie, to nie można go narażać. Uważam, że powinniśmy o nie dbać i je rozwijać, aby stało się ono jak najlepsze i abyśmy umierając niczego nie żałowali, aby życie stało się życiem w obfitości, w pełni... Moim zdaniem, jednak, nawet od tej zasady - nie wolno narażać życia - jest wyjątek. Są nimi osoby, które oddają same swoje życie, aby mógł żyć ktoś inny, ludzie, którzy decydują się przyjąć śmierć, aby ktoś inny mógł się narodzić... Sądzę, że tylko w takich okolicznościach można narażać swoją 'egzystencję', kiedy musimy wybierać pomiędzy bezcennym życiem swoim, a równie bezcennym życiem innego człowieka. Ponadto, uważam, że wybór 'owego poświęcenia' jest sprawą osobistą i indywidualną. Poza ww. przykładem, każda nieuzasadniona ingerencja w życie swoje i innych, jest najstraszniejszym błędem, jaki można popełnić. Jest największą klęską, jakiej można doświadczyć... Sądzę, że ludzie, którzy decydują się na taki ostateczny krok, muszą być naprawdę nieszczęśliwi. Choć, oczywiście, na pewno nie wszyscy, bo są przecież i tacy, którzy wybierają śmierć, by nie stracić honoru - w sumie, są to też ludzie nieszczęśliwi. Ja, jednak, takiej postawy nie popieram. Dla mnie życie jest ważne ponad WSZYSTKO. Chcę, jednak, podkreślić - to jest moja hierarchia wartości, ktoś może mieć inną... Podsumowując, Pragę jeszcze raz zaznaczyć, uparcie twierdząc, że człowiek powinien szanować ŻYCIE i że nie ma prawa go bezmyślnie narażać. Myślę, że jeśli ktoś żyje dobrze, nie będzie chciał umierać i nie będzie narażał ani porywał się na bezcenne istnienie drugiego człowieka. Żyjmy więc dobrze, żyjmy w pełni!

Judyta Sowa