Opowiadania


       Był słoneczny letni dzień, jeden z tych podczas których marzymy tylko o kąpieli w zimnym basenie. Oczywiście mój geniusz wymyślił całkiem inne plany na ten lipcowy dzień. Rano musiałam jechać na próbę koncertu, miała ona trwać 2/3 godziny.
     Umówiłam się na 14:00 z moimi przyjaciółkami. Jednak próba się przedłużyła. Napisałam chyba ze 150 biletów, a Karolina drugie tyle. Potem ćwiczyłyśmy stopklatkę i parasolki, reszta poszła gładko, tak że o 14:30 byłam w domu. Emilka z Julką siedziały przy stole z moją babcia, jadły ciasto i były tak pochłonięte rozmową, że nawet nie zauważyły, że już wróciłam. Weszłam na taki fragment rozmowy: moja babcia: zaczęło padać, Emilka: dobrze, że Wiktoria nie jest z cukru, Julia: albo nie ma cukrzycy, w tym momencie zostałam zauważona, ponieważ wybuchłam głośnym śmiechem, a wszystkie 3 plotkary dołączyły chichocząc wesoło. Resztę dnia spędziliśmy w moim pokoju, oglądając różne filmy i seriale.

Wiktoria Dudzińska



       Był słoneczny letni dzień, jeden z tych podczas których marzymy tylko o kąpieli w zimnym basenie. Oczywiście mój geniusz wymyślił całkiem inne plany na ten lipcowy dzień. Rano musiałam jechać na próbę do koncertu, miała ona trwać 2/3 godziny. Więc umówiłam się na 14:00 z moimi przyjaciółkami. Jednak próba się przedłużyła, ja napisałam chyba z 150 biletów a Karolina drugie tyle. Potem ćwiczylyśmy stopklatke i parasolki reszta poszła gładko tak że o 14:30 byłam w domu a Emilka z Julką siedziały przy stole z moją babcia, zjadły ciasto i były tak pochłonięte w rozmowie, że nawet nie zauważyły iż już wróciłam. Weszłam na taki fragment rozmowy moja babcia : zaczęło padać, Emilka : dobrze, że Wiktoria nie jest z cukru Julia: albo nie Mama cukrzycy w tym momencie zostałam zauważona ponieważ wybuchłam głośnym śmiechem. Zaraz po mnie wszystkie 3 plotkary dołączyły się wturując mi wesoło. Resztę dnia spędziliśmy w mim pokoju oglądając różne filmy o seriale.

Wiktoria Dudzińska



Oliwia Miłoń
Sześć lat wcześniej...
Od przyjaźni
do miłości
Maciek

       Gdyby świat mógłby być inny niż jest. Gdybym mógł zmienić to, co powiedziała matka sześć lat temu. Ojciec by się nie wyprowadził i nie zmarł wkrótce potem... Matka nie byłaby taka zgryźliwa. Cofnąłbym czas i... A teraz tracę matkę i staję się sierotą. Œwiat jest niesprawiedliwy.
       Mama zapisała mnie do gimnazjum w Bielsku. Właśnie skończyłem szóstą klasę. Idę do nowej szkoły, nowej klasy i poznam nowych ludzi. Nie boję się. Jest mi to wszystko obojętne. Szkoła jest duża. Istny moloch. Wszedłem do środka i przywitał mnie zapach płynów do mycia. Jak w każdej szkole zawsze przed przybyciem uczniów jest gruntowne mycie. Nic się nie zmieniło.
       Często przez minione wakacje zastanawiałem się jaką będę miał klasę. Może będzie niezbyt ogarnięta a może będzie całkiem ogarnięta i będzie to klasa kujonów nie wliczając mnie. Sytuacja w domu była ciężka. Odkąd ojciec zmarł matka się załamała. Łazi i robi różne rzeczy, ale rzadko się odzywa. Chyba za bardzo jej go przypominam. Jestem jedynakiem nie mam rodzeństwa i jestem święcie przekonany, że gdybym miał to bym nie wytrzymał psychicznie.
       Rozejrzałem się po parterze. Od wejścia po prawej i po lewej stronie ciągnęły się korytarze które kończyły się drzwiami. W korytarzach były szatnie. Poszukałem I a I b i otworzyłem drzwi. Powitał mnie gwar głosów. Obie klasy I a i I b przebywały w szatni. Wieszaki były umocowane do ściany. I a miała po prawej, I b po lewej.
       Kilka głów odwróciło się w moją stronę gdy wszedłem do środka. Żadnej znajomej gęby. Szkoda. Upatrzyłem sobie wieszak i zacząłem się przeciskać przez tłumy pierwszoroczniaków. Nagle zamarłem. Dziewczyna wieszała na moim wieszaku swoje rzeczy. Już chciałem jej powiedzieć, że to mój wieszak, ale coś mnie powstrzymało. Wydawała mi się dziwnie znajoma. Jakbym już kiedyś widział te wystraszone wielkie oczy. Westchnąłem tylko i zrezygnowany powiesiłem kurtkę obok.



Ciąg dalszy powieści Sześć lat wcześniej... od przyjaźni do miłości

       Nasza potencjalna wychowawczyni przyszła po nas i ruszyliśmy godnym dla pierwszoroczniaków krokiem na salę gimnastyczną. Oczywiście poprowadziła tylko klasę I a. Sala była ogromna. Wielkie okna dawały dużo światła. Ławki na których mieli siedzieć uczniowie były ustawione rzędami w kierunku przeciwległej od wejścia ściany. Dekoracje trzeba było przyznać były ładne, ale zrobiłbym je lepiej. Usiadłem między chuderlawym chłopakiem i wysoką dziewczyną. Oboje zmieszani zerknęli na mnie i powrócili do obserwowania innych uczniów. Ogólny gwar który trwał przez cały czas nagle ucichł jak za sprawą magicznej różdżki. Na środku stała starsza kobieta o surowym wyglądzie. Miała na sobie mini spódniczkę oraz białą koszulkę. Na nosie miała okulary. Popatrzyła się na nas tak, jakby nas chciała zjeść i później powiedzieć „ Oj. Przepraszam, ale tak wyszło nie moja wina.” Witajcie wszyscy uczniowie klas trzecich jak i pierwszych. Jestem dyrektorką tego gimnazjum. Zaszczyt mam witać również panią Beatę z szkoły licealnej im. Komisji Edukacji Narodowej. Witamy. Popatrzyła na nas czekając na oklaski. Nikt się nie ruszył. Ekhm. No więc. - zaczęła pani dyrektor. - Proszę zacząć przedstawienie. Zaczęło się. I było to najgorsze przedstawienie jakie w życiu widziałem. Dali niezły popis. Pewien chłopak wychodząc na „scenę” miał tak długą szatę, (był panem profesorem) że jak szedł to się potknął o nią i wylądował jak długi na podłodze. Wszyscy uczniowie zebrani na sali ryknęli śmiechem a zmieszani nauczyciele próbowali naprawić sytuację. Chłopak zarumienił się, poderwał z podłogi i wpadł za „kotary”. Gdy przedstawienie się skończyło nauczyciele z widoczną ulgą odetchnęli. Pani dyrektor wyszła na środek a jej oczy mówiły: „Ja wam dam. Wygłupiać się.” Dziękuję bardzo. Proszę wychowawców o wyprowadzenie swoich podopiecznych z sali. Jutro przychodzimy do szkoły. To tyle. Szedłem na pierwsze piętro wpatrując się w plecy wysokiej dziewczyny. Na jej plecach wisiał piękny długi warkocz.
Hej. - usłyszałem za sobą i odwróciłem się.
Za mną szedł ten chuderlawy chłopak. Uśmiechał się.
Mam na imię Krzysiek, ale wszyscy zwą mnie German.
Zaśmiałem się.
A to dlaczego?
Bo próbowałem namówić w tamtym roku obecną drugą klasę aby uczyła się niemca.- powiedział i wyszczerzył się.
Uniosłem brwi.
Siadłeś. - stwierdziłem.
Wzruszył ramionami. Dziewczyna za mną odwróciła się.
Nie przejmuj się nim. Na pewno siądzie sobie i w tej klasie. - powiedziała.
Jak Ja siądę to ty też. Nie martw się. - odpalił.
Dziewczyna zignorowała Krzyśka.
Mnie zwą Agata. Moja ksywka to Merki.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
No a ty? - zapytał German.
Co ja? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
Twoje imię. - zirytowała się Agata.
A. - zabłysłem. - Maciej.
Zobaczyłem dowcipny błysk w oku Germana. Klepnął mnie w plecy.
Mam pomysł na ksywę dla ciebie. Król Maciuś Pierwszy.
Odpuść sobie. - burknęła Agatka.
Bo?
Bo.
Bo bo? - spytałem.
Krzyś spojrzał na mnie i klepnął mnie znowu w plecy.
Ha! Mam. Bobo.
Merki zaczęła się śmiać.
Przypomniałam sobie psy z tej firmy Bobo. Takie maskotki. Siostra kiedyś wrzuciła jednego do ubikacji.
Ta... - burknąłem. - Skąd się znacie?
Zapytałem choć się domyślałem.
Spojrzeli po sobie.
Jesteśmy sąsiadami. - oznajmił German.
Aha. - odparłem.
Zatrzymaliśmy się przed salą. Nasza wychowawczyni była drobna, niska i młoda. Kok sterczał na jej głowie niczym wieża strażnicza. Zmierzyła naszą trójkę bystrym okiem. Gdy wszyscy pozajmowali swoje miejsca, pani stanęła i zaczęła:
Część. Jestem Katarzyna. Kasia. Jestem waszą wychowawczynią i nauczycielką wuefu.
Zdawało mi się, że klasa jęknęła.
Rozdam wam plany lekcji. Później będą pytania. A potem spadacie do domu. Jasne?
Jasne! - odkrzyknęliśmy chórem.
Nauczycielka najwyraźniej wszystkim się spodobała. Porozdawała plan lekcji i omówiła go. Żadnych pytań nie było. Podziękowała i powiedziała, że możemy już iść chyba, że ktoś będzie chciał tu przenocować. Gdy zeszliśmy z pierwszego piętra a parter zobaczyłem tę dziewczynę. Stała na schodach oparta o barierkę. Zamarłem. Znowu miałem mgliste wrażenie, że już ją gdzieś widziałem.
Idźcie. - rzuciłem do Germana i Merki. - Jeśli wam się śpieszy to do jutra a jeśli nie to czekajcie.
Pokiwali głowami i razem zresztą klasy zbiegli schodami. Oparłem się niby od niechcenia o barierkę dwa schodki niżej.
Hej. - zagadałem. - Widziałem cię.
Popatrzyła na mnie jak na wariata. Niebieski sweterek i dżinsy świetnie do niej pasowały. Była zgrabna i szczupła. Ciemne blond włosy kaskadą spływały na jej ramiona.
Tak? - spytała cichym głosem. - I co z tego?
Czułem, że się rumienię.
Nie chodzi o to, że... no wiesz. - zająknąłem się. - Mam wrażenie, że jakiś czas temu cię widziałem.
Zreflektowałem się. Popatrzyła na mnie ironicznie. Zbiegła po schodach.
Hej! - krzyknąłem. - Poczekaj! Powiedź mi przynajmniej z jakiej jesteś klasy!
Odpowiedział mi pusty korytarz. W powietrzu czułem lekki zapach wanilii. Taki jaki zawsze kojarzył mi się z ojcem. W szatni czekali na mnie German i Merki. Wyszliśmy w trójkę. Nie pytali co robiłem przez ten czas.
Lubicie „Igrzyska śmierci”? - spytał German tylko po to by przerwać ciszę. Merka prychnęła.
Nie oglądam takich świństw!
To wcale nie jest świństwo. - odparował German. - Tylko porządny film dla młodzieży.
Jasne! Powiedz jeszcze, że fabularny! - warknęła Merka. - To położę się z śmiechu.
Nie wiesz co dobre. Oglądasz same o wampirach. Szkoda, że cię nie zjedzą.
Ha ha, Œmieszne. A ta twoja Katniss czy jak jej tam wcale nie jest lepsza. - odparowała.
Westchnąłem. Zostawiłem debatę na temat filmów znawcom. Była nawet ładna pogoda. Szliśmy chodnikiem koło mało ruchliwej drogi. Szkoła była na obrzeżu Bielska. Mnie to pasowało bo miałem blisko. Przez pola dostałem się na drogę i szedłem prosto. Skręciłem w lewo i oto ten istny moloch. Szkoła wyznaczała koniec miasta.
Ej. - poczułem szturchnięcie. - Merka twierdzi, że Igrzyska śmierci są do bani. Powiedziała jeszcze, że nie oglądała a skąd wie w takim razie jak wyglądała Katniss? - powiedział German. Patrzył na mnie wyczekująco a Merka naburmuszona odwróciła głowę w drugą stronę.
Wzruszyłem ramionami. Skąd miałem wiedzieć?
Może... wiesz oglądała zwiastun? - zapytałem na czuja.
German rzucił mi mordercze spojrzenie.
No więc jak? Przyznaj się. Interesuje cię to, ale nie chcesz przyznać. - naciskał.
Nieprawda! - warknęła Agata.
Wciągnąłem głęboko powietrze. Ona. Przedzierała się przez pola.
Dobra. - przerwałem im brutalnie sprzeczkę. - Gdzie mieszkacie?
Zdziwieni popatrzyli na mnie. Zrobiłem minę zaciekawionego a nie zniecierpliwionego.
Cały czas tą droga prosto i w prawo. Tylko na prawo od szkoły. Czyli tak jak szliśmy. - powiedział German. - A co?
Ja już idę. - powiedziałem szybko i biegiem puściłem się w stronę dziewczyny.
Tamci zaskoczeni patrzyli się za mną na pewno, ale ruszyli dalej.
Gnałem jak sarna przed myśliwymi.
Ej! - krzyknąłem. - Poczekaj! Chcę pogadać.
Zatrzymała się. Stanąłem zdyszany naprzeciw niej. Patrzyła na mnie z oczekującą miną.
O czym to chciałeś pogadać, panie błyskotliwy? Hę? - spytała.
Wiatr powiał wśród traw i stworzył przyjemny szum.
Zabrakło mi słów. Stałem przed nią z otwartymi ustami. Podziwiałem ją.
Widzę o niczym. - ruszyła przed siebie. Podreptałem za nią. Szliśmy tak w milczeniu. Ona ignorowała mnie a ja nie próbowałem nawiązać rozmowy. W końcu odwróciła się.
Dobra. - warknęła. - Czego chcesz? Kasy? Dam ci ją!
Wytargała portfel z kieszeni sweterka i pomachała mi dziesięcioma złotymi przed oczami.
Ekhm... - chrząknąłem. - Nie kasy. Chcę pogadać.
Mówiłeś to już. - powiedziała w miarę spokojnym głosem.
Do której...
Do pierwszej gimnazjum. - przerwała. - Mam na imię Natalia. Jeszcze coś?
Znowu się zaciąłem. Znowu poczułem zapach wanilii. Jak ja uwielbiałem ten zapach.
Dobra. - znowu zabłysłem. - Ja jestem Maciek.
Fajnie. - powiedziała. - Mam nadzieję, że dasz mi już spokój. Chcę iść do domu.
Zatkało mnie. Powiedziała to sobie tak po prostu. Szczerze.
No... okej. To... do zobaczenia. - powiedziałem i szybkim krokiem ruszyłem do domu.
       Dała mi kosza? To pierwsza myśl która przyszła mi do głowy dwa tygodnie później. Od tamtego spotkania miałem wrażenie, że unikała mnie jak ognia. Nie widziałem jej ani razu. Ale ze mnie ćwok. Co ja takiego narobiłem. German i Merki nie pytali o nic. Jeszcze jedna rzecz. Natalia chodzi razem z nami do klasy. Zapytałem się raz co o niej wie Merki. Spojrzała na mnie badawczo.
Bobo. Co ty kombinujesz?
Ja? - spytałem niewinnie. - Ja nic nie kombinuję.
Prychnęła.
Widzieliśmy ją. To do niej leciałeś. - stwierdziła. - Bądź szczery. Jesteśmy twoimi przyjaciółmi.
Westchnąłem ciężko. Co miałem jej powiedzieć? Że skądś kojarzę te wielkie oczy? Że coraz bardziej mnie intryguje? Przejechałem ręką po blond włosach.
Mam pewne wspomnienie. Kojarzę ją skądś. Jest małomówna i nie chce się ze mną dogadać. - powiedziałem cicho. Zmarszczyła brwi w zamyśleniu.
Tak... mieszka tam gdzieś w polach... Podejdź zaproś ją do siebie.
Pokręciłem głową. Nie powiedziałem jej, że raczej się nie zgodzi.
Był koniec października. Wracałem ze szkoły. Tak. Piątek i weekend. Wracałem polami. Natalia pojawiła się w szkole zaledwie dwa razy. Przez dwa miesiące. Zdążyłem ją zaprosić, a ona tylko odpowiedziała, że jeszcze zobaczy. Dawało mi to nijaką nadzieję. Przemierzałem trawy i wyszedłem na gruntową drogę. Usłyszałem rozdzierający szloch. Zamarłem.
Natalia? - zawołałem.
Tutaj. - usłyszałem cichy zachrypnięty głos. Dobiegał zza ruin starego domu. Wpadłem tam.
Natalia! - tym razem krzyknąłem. Była w opłakanym stanie. Jej kolorowa bluzka była pomięta i brudna. Dżinsy też. Podbiegłem do niej i przykucnąłem.
Hej. - powiedziałem cicho. - Nie płacz.
Usiadłem koło niej a ona ocierając łzy oparła się o moje ramię. Poznałem ją na tyle by wiedzieć, że jak będzie chciała mi o czymś powiedzieć to powie. Odezwie się. Gleba za ruinami porosła trawą. Popołudniowe słońce delikatnie wpadało przez szpary. A Natka zapatrzyła się gdzieś daleko. Łzy wysychały na jej policzkach.
Słuchaj. - powiedziała. - Ja... ja też cię kojarzę.
Odsunęła się ode mnie. Zerwała trawę i zaczęła ją targać na coraz to mniejsze kawałki. Czekałem. Czekałem aż powie coś więcej. Sześć lat... powinnam być wtedy w pierwszej klasie. Moja... - urwała na moment.
Moja mama mnie wtedy wyrzuciła z domu. Usiadłam pod murem tego domku i... - westchnęła. - To byłeś ty. Mały. Szedłeś za kobietą. Była to za pewne twoja matka. Ty spytałeś się: „ Co ta za dziewczynka co siedzi pod murem?” A ona... „ Jest bezdomna. Brudna i śmierdząca. Chodź.”
Wciągnąłem powietrze. Przypomniałem sobie. Wtedy widziałem te wielkie oczy. Narastały we mnie gwałtowne uczucia. Litość. Wściekłość. Współczucie. Obrzydzenie na samego siebie.
Potarłem kark.
Ja... no wiesz... - wyszeptałem. - Mój ojciec zawsze uczył mnie dobroci i akceptacji dla wszystkich. Mama była zawsze dumna. Stała się zgryźliwa po jego śmierci... Nie podzielała tego co ojciec. Po latach zrozumiałem, że powinienem być taki jak On. Dobry. Czasem wspominałem tę sytuację i powinienem był coś wtedy zrobić.
Spojrzała na mnie zupełnie inaczej niż dotychczas. Z uznaniem. Westchnęła.
Co mogłeś zrobić? To nie twoja wina, że ja tam siedziałam.- odwróciła głowę. - Jestem w rodzinie zastępczej.
Poderwała się.
To głupie. Nie wiem dlaczego ci to mówię... Może nie zrozumiesz. Zapomnij o tej rozmowie.
Wstałem szybko. Ona odwróciła się napięcie.
Poczekaj. - zawołałem. Zamarła. - Rozumiem.
Powiedziałem cicho. Odwróciła się w moją stronę. Patrzyła mi prosto w oczy.
To że jesteś inna. Bo jesteś z rodziny zastępczej... nie zmienia tego kim możesz się stać. Idź za głosem serca. Możesz być inna. W środowisku. Bo jesteś w rodzinie zastępczej. Ale w środku bądź sobą.
I znowu poczułem zapach wanilii. Wiatr powiał delikatnie. Podeszła do mnie. I z ustami tuż przy moich wargach powiedziała: Może nie jesteś tacy jak inni. Nie jesteś bufonowaty.

Stało się. Pocałowała mnie. A ja ją. I co? A czas leciał zabójczo szybko. Myślałem o końcu roku pierwszej gimnazjum.
Stanąłem w progu pokoju matki. Rolety były zasunięte. W sypialni było mroczno. Najwyraźniej spała. Maciej?
Chyba jednak nie spała.
Tak? - spytałem cicho.
Zapal światło.
Zirytowałem się. Tak jakby nie można było podnieść rolet. Na polu była psia pogoda. Lało i było zimno.
Zapaliłem światło. Mama opierała się na łokciu leżąc na łóżku. Patrzyła na mnie uważnie.
Jak ci idzie w szkole?
Dobrze.
Robisz coś dzisiaj?
Owszem.
Westchnęła ciężko. Zrozumiała, że poza półsłówkami nic ode mnie nie wydobędzie.
Maćku... przepraszam. Popełniłam błąd. Ja... się zmienię. Obiecuję.
Chyba już za późno na to. - powiedziałem chłodno.
Maciek!
Wyszedłem z pokoju zamykając drzwi.

German przyleciał do mnie z płytą DVD. Za nim gnała Merka. Bez pukania weszli do mojego pokoju gdy siedziałem przy biurku.
Zdumiony przyjrzałem się im.
Jak tu weszliście?
Jak to jak? - zapytał wesoło German. - Twoja mama nas wpuściła. Fajna jest!
Nie skomentowałem tego.
Mam „Igrzyska śmierci”! - wysapał German siadając na łóżku. Merki klapnęła sobie na drugim krześle.
Tak? Fajnie! - powiedziałem z słomianym zapałem.
Merki spojrzała na mnie uważniej.
Co jest? - zapytała. - Jesteś coś w nie sosie.
Wzruszyłem ramionami.
Mam nadzieję, że nie będę.
German zignorował naszą gadkę i załączył telewizor. Oparł się plecami o ścianę wyciągając nogi.
No! To co? - zapytał. - Oglądacie czy nie?
Tak. - mruknęliśmy i usiedliśmy koło niego.

       W wakacje Merki przytaszczyła do mojej chałupy film „Zmierzch”. Aż jęknąłem. Co za głupi film. Powiedziałem żeby sobie z Germanem obejrzała a ja idę na spacer. Wzruszyli ramionami. Czuli, ze nie mówię im wszystkiego. Ruszyłem na spacer. Lubiłem długie spacery i interesowała mnie przyroda. Poszedłem usiąść przy murach. Wsłuchiwałem się w śpiew ptaków. Od czasu pocałunku ja i Natka spotkaliśmy się tylko raz. Ona miała wiele pracy. A ja... no cóż. Usłyszałem ciche kroki. Odwróciłem głowę w stronę hałasu. Natka wyszła z krzaków. Widząc mnie uśmiechnęła się szeroko. Rzadko się uśmiechała. Ale gdy już się uśmiechała to jednak pięknie i wdzięcznie. Usiadła koło mnie. Poczułem jak strach ściska mnie za gardło. Miałem jej powiedzieć, że chcę by ze mną chodziła. Ale czy ona się zgodzi?
Hej Bobo. - powiedziała wesoło.
Hej. - odparłem i uśmiechnąłem się. - Co tam u ciebie?
Wzruszyła ramionami.
Dobrze. A co by miało być?
Uśmiechnąłem się z trudem. Między nami zapanowała cisza. Oparła się o mnie. Chrząknąłem. Spojrzała na mnie pytająco.
Ja... czy ty... - jąkałem się.
Westchnęła poirytowana.
No, dalej. Powiedz to. Wyduś to z siebie.
Z trudem przełknąłem ślinę. No. Nie bądź ciamajda. Bądź facet.
Chciałabyś ze mną chodzić?
Usiadła prosto i popatrzyła się na mnie. W jej oczach zobaczyłem błysk. Tak jakby chciała powiedzieć: „Czekałam aż to powiesz.” Wystraszyłem się. Że mnie odrzuci. Zależało mi.
Zależało mi na tym co odpowie i co zrobi. Patrzyła się na mnie z otwartymi ustami. Czy nasz pocałunek był wybrykiem? Nie wytrzymałem. Pocałowałem ją ponownie. Poczułem się tak jakbym jednocześnie został oblany zimną i ciepłą wodą. Zapach wanilii wdarł mi się do nosa. Położyła dłoń na moim ramieniu i odepchnęła mnie lekko, przerywając pocałunek.
Oblała się rumieńcem.
Maciek ja... nie wiem co powiedzieć. Być może... - zająknęła się.
Być może co? - spytałem cicho. - Dlaczego jesteś taka nieśmiała? Przede mną możesz się otworzyć. I ty wiesz o tym.
Siedzieliśmy tak naprzeciw siebie. Nie patrzyła mi w oczy. A ja chciałem spojrzeć w jej twarz.
Daj mi czas. Okej? - patrzyła na mnie już z pewną pewnością.
Pokręciłem głową.
Okej. Jak będziesz znała odpowiedź to...
Przyjdę. Obiecuję.
Dzięki.

       Druga gimnazjum. Nic się nie zmieniło. Oprócz tego, że matka cały czas próbowała nawiązać rozmowę, ale bez skutku. Nienawidziłem jej za to, że gdy jej potrzebowałem znikła. Zostawiła ojca na lodzie. Zamknęła się w sobie nie dopuszczając nikogo.
Na Natkę nie mogłem patrzeć. Postanowiłem powiedzieć wszystko od początku przyjaciołom.
Podczas długiej przerwy, w szkole usiedliśmy na ławce. Wyciągnęliśmy nogi. German zajadał bułkę a Merki gapiła się na ścianę.
No więc. - zacząłem.
No więc. - westchnęła Merki.
No więc co? Ja jem bułkę. - wtrącił German.
Nauczyciele dyżurowali korytarze. Pan z historii przyjrzał się nam przez moment i poszedł dalej. Uśmiechnąłem się słabo.
Zaczęło się to od tego, że chciałem powiesić kurtkę na wieszaku...
Zacząłem od początku. Słuchali uważnie nie licząc głupich uwag typu: „ Szkoda, że nie zaproponowałeś jej spotkania na cmentarzu.” albo: „Miłość rośnie wokół nas...”
Opowiedziałem o tacie i matce. O zdarzeniu sprzed sześciu lat. O naszym pocałunku. Moim i Natki. Gdy skończyłem, zapadła cisza. Trochę się wystraszyłem.
Ej. - powiedziałem zaniepokojony. - Wy się dobrze czujecie?
German przeżuwał bułkę jak krowa a Merki zwiesiła głowę.
Hej! Halo! Tu ziemia do Germana który zgermanizował II a. - potrząsnąłem Germanem.
No hej! - oburzył się. - Geniusz myśli nad twym problemem człeku a ty jeszcze przeszkadzasz.
Merki prychnęła.
Geniusz od siedmiu boleści.
Westchnąłem ciężko.
Słuchajcie. - powiedziałem. - Ja ją kocham. I w nosie mam to, że jest w rodzinie zastępczej. Obiecała. Da mi odpowiedź.
Pytanie. Jaką? - westchnął German i poklepał mnie po plecach. - Idzie. Chyba po ciebie.
To my się ulatniamy. - dodała Merki i poderwała się z ławki robiąc miejsce Natce.
Gdy Natka podchodziła Merki spojrzała na nią dziwnie.
Usiadła obok mnie w milczeniu. Siedzieliśmy tak aż nie zadzwonił dzwonek. Wstałem. Chwyciła moją rękę i pociągnęła mnie na ławkę. Miałem mieć religię. Trudno. Jakoś się wywinę. Serce zabiło mi szybciej.
Posłuchaj mnie. - wyprostowała się i zajrzała mi prosto w oczy. - Ja chciałabym i w ogóle... ja też cię kocham. Ale ty i ja... jesteśmy inni.
Zamarłem.
Co ty gadasz? - wychrypiałem.
Odwróciła wzrok. Wciągnęła powietrze strzelając palcami.
Nie nadaję się dla ciebie.

       Nie. To niemożliwe. To nie mogła być prawda Podłamany usiadłem w pokoju na łóżku. Gy mi powiedziała, że wyjeżdża w pierwszej chwili spytałem czy nie żartuje. Gdy dostrzegłem w jej oczach łzy, uwierzyłem. Pamiętam jak przytuliłem ją mocno i kołysząc się w tył i przód powtarzałem w kółko: „ Kocham cię. Błagam nie rób mi tego.” Wymusiłem na niej obietnicę, że przyjdzie się pożegnać.
A wyjeżdżała bo jej zastępczy ojciec gdzieś tam miał dostać lepszą pracę. Były też plotki na jej temat... i to, że się dla mnie nie nadaje. Bo co? Bo jest... inna?
Usłyszałem pukanie. Poderwałem głowę myśląc, że to ona, ale do środka weszła mama.
Hej, synku. Wszystko w porządku? - zapytała i odgarnęła swoje długie włosy z czoła.
Nie. - burknąłem. - Nic nie jest w porządku.
Moja mama popatrzyła na mnie z powagą. Usiadła obok mnie. Powstała niezręczna cisza. Tak się oddaliliśmy od siebie. Powstał przez te wszystkie lata między nami mur, który teraz ona próbowała zburzyć.
Powiedz mi, co się stało. Spróbujemy coś z tym zrobić. - powiedziała.
Nie ufam ci. - szepnąłem. - Jak mam ci zaufać, po tym co zrobiłaś? Skąd mam wiedzieć, czy się to nie powtórzy? Znowu się odwrócisz.
Na jej twarzy zobaczyłem ból. Odwróciła głowę.
Daj mi jeszcze jedną szansę. Proszę. - wyszeptała. - Zależy mi na tym.
Na czym? Na tym abym ci dał szansę czy na tym aby się pogodzić?
Dobrze wiesz o co mi chodzi.
Między nami zapadła cisza. Jakaś część chciała odzyskać matkę... a druga się bała czy nie będzie powtórka z rozrywki.
Westchnąłem. Kiedyś trzeba się przełamać.
Chodzi oto, że... - zacząłem. - Jest pewna dziewczyna w klasie. Zakochałem się w niej. Z wzajemnością. Tylko, że ona wyjeżdża.
Jej ojciec gdzieś zajdzie lepszą pracę. Nie tylko z tego powodu...
Mama pokiwała głową.
Jak ona ma na imię?
Natalia. Sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana bo... ona... chodzi o to, że... my się już widzieliśmy w dzieciństwie.
Mama drgnęła i spojrzała na mnie.
Kiedy?
Pamiętasz tamten pochmurny dzień sześć lat temu? - zapytałem cicho. - Wtedy tata obiecał ci...
Tak. - potwierdziła. - Jedyny taki w całym życiu.
Szliśmy wtedy w deszczu. Przechodziliśmy obok murów zwalonego domu. Siedziała tam dziewczynka.
Nie przerywała mi. Słuchała uważnie i chyba się już domyślała co chcę powiedzieć dalej.
Spytałem się wtedy: „ Co ta za dziewczynka co siedzi pod murem?” A ty odpowiedziałaś wtedy: „ Jest bezdomna. Brudna i śmierdząca. Chodź.”
Mama spuściła głowę. Schowała twarz w dłoniach.
To ona, tak?
Pokiwałem głową.
To ona. Tu i teraz. Wyjeżdża. A ja się w niej zakochałem.
Czułem jak się załamuję. Gdy mama uniosła twarz, widziałem łzy, spływające po jej policzkach. Przytuliliśmy się i popłakaliśmy się oboje. Czułem ulgę. Mur został rozwalony.
Wiesz co obiecuję? - zapytała przez łzy. - Że nigdy już nie będę taka dumna i samolubna. Nigdy. A gdybym mogła cofnąć czas...
To ja i ojciec...
To dobrze. - wychrypiałem.
Kocham cię, synku.
Też cię kocham, mamo.
Odsunęła się. Otarła łzy i spojrzała na mnie.
Idź do niej. Przekonaj ją do pozostania. - szepnęła. - Jeśli się nie uda, pogadam z jej rodzicami. Pomogę jej ojcu znaleźć jakąś fajną pracę.
Mamo, ona nie ma rodziców. Jest w rodzinie zastępczej. - poinformowałem ją.
Ach. No to z nimi porozmawiam.
Spojrzałem na nią wdzięcznie.
No już. - machnęła ręką. - Idź! Nie trać czasu!
Porwałem kurtkę i wybiegłem na zewnątrz. Biegłem wdeptując w kałuże po niedawnym deszczu. Miałem nadzieję, że się zgodzi. Wyhamowałem przed drzwiami jej domu i nacisnąłem na dzwonek. Po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich Natka. Natalia. - wysapałem. - Nie jedź. Błagam cię. Proszę. Nie zniosę samotności gdy wyjedziesz. Patrzyła na mnie w osłupieniu. Jej wargi były lekko rozchylone w niemym zdziwieniu.
Ale... Maciek... ja muszę jechać. Tata... wiesz...
Kochanie, kto tam? - zawołał za jej plecami żeński głos.
Odwróciła głowę.
To... to jest Maciek.
Przesunęła się robiąc miejsce tęgiej kobiecie. Zmierzyła mnie taksującym spojrzeniem.
Wejdź, proszę. - powiedziała łagodnie.
Nie, dziękuję. Proszę tylko o jedno. Nie jedźcie. Proszę pani. Zależy mi na pani ekmh... córce.- wykrztusiłem.
Kobieta nieco zdziwiona zerknęła na swoją podopieczną.
Masz chłopaka?
Nie... to znaczy tak, ale on... - zająknęła się.
Natalia. - rzuciłem błagalnie.
Popatrzyła na mnie zrozpaczona. Pokręciła głową. Podeszła do mnie i na oczach opiekunki pocałowała mnie delikatnie.
Przepraszam.
Cofnęła się i zamknęła drzwi. Uderzyłem w nie pięścią.
Natalia! - krzyknąłem wściekły i zrozpaczony.
Nie odpowiedziała. Pożegnała się. To koniec.

       Czułem się jak zbity pies. Po raz kolejny dostałem kosza. Wszedłem do domu. Ponury, zamknąłem drzwi i ściągnąłem kurtkę. Poczłapałem do kuchni. Mama słysząc jak idę, odwróciła głowę od zmywania naczyń i przyjrzała mi się. Usiadłem przy stole.
Nie udało się. - bardziej stwierdziła niż zapytała.
Wytarła ręce w ścierkę i poszła do sieni.
Mamo? - zapytałem. - Co robisz?
Mama wychyliła się zza drzwi.
Mówiłam przecież, że jak ci się nie uda sama tam pójdę.
Chciałem powiedzieć, że jej się nie uda, ale mamy już nie było. Ukryłem twarz w dłoniach. Wyjeżdża. A ja nawet nie spytałem dokąd. Przejechałem dłonią po włosach i uświadomiłem sobie, że ojciec robił tak samo. Zadzwonił mój telefon. Sięgnąłem do kieszeni i odebrałem.
Hej. Tu Merki. Masz teraz czas? - odezwał się głos.
Cześć. - mruknąłem. - Mam... a co?
Coś się stało? - zapytała.
Nie udało mi się jej przekonać do pozostania.
Westchnienie.
Mam wpaść?
Możesz.
To wpadnę.
To wpadnij. Tylko uważaj żebyś się nie potłukła.
Bardzo śmieszne.
Pa.
Papa.
Rozłączyła się. Pokręciłem głową i odłożyłem telefon na stół. Uświadomiłem sobie jak bardzo są mi potrzebni przyjaciele. German i Merki. Zapatrzyłem się w sufit. Usłyszałem pukanie.
Otwarte! - zawołałem.
To dobrze! Nie chciałoby mi się tu marznąć. - usłyszałem odpowiedź.
Merki weszła do sieni i ściągnęła buty oraz kurtkę. Z uśmiechem usiadła naprzeciw mnie. Odgarnęła swoje jasne włosy na plecy.
No więc opowiadaj. Co się stało? - zapytała spokojnie.
Skrzywiłem się.
Wyjeżdża. Natka wyjeżdża. - powiedziałem w zadumie.
Popatrzyła się na mnie dziwnie.
Tak? I co?
Nie mogę się z tym pogodzić. - odparłem cicho. - A co z tobą?
Zarumieniła się i chrząknęła.
A nic. „Zmierzch” mi przeszedł a teraz wolę góry. - mruknęła.
Aha. - skomentowałem. - I nic więcej?
Wciągnęła powietrze.
Nie, nic więcej. Gdzie twoja mama?
Przeczesałem palcami włosy.
Poszła przekonać Natkę do pozostania. - oznajmiłem.
Nic nie odpowiedziała. Wstała nagle. Spojrzałem na nią zdziwiony.
Maciek... - westchnęła. - Mam dość. Muszę ci coś powiedzieć.
Co mi chcesz takiego powiedzieć, Agata?
Położyła dłoń na mojej dłoni. Obserwowała moją reakcję. Nie poruszyłem się.
Zrobisz coś dla mnie, oki? - zapytała. - Zapomnisz o niej. Niech wyjeżdża. Co ci do tego.
Popatrzyłem na nią jak na wariatkę. I zrozumiałem, co chciała przez to powiedzieć. Otworzyłem usta.
Przykro mi Merki, ale ty i ja to zupełnie inna bajka. - powiedziałem stanowczo.
Proszę...
Nie...
Maciej...
Kocham ją. Przepraszam.
Merki wkurzyła się.
Okej. - warknęła. - Powiem ci coś. Powiedziałam tej twojej Natce aby wyjechała ponieważ ty jej nie kochasz. Ona przekonała ojca do zmiany pracy. Jej ojciec zrobi dla swej córki wszystko!
Ale, to absurd! - krzyknąłem przerażony.
Zamknij się i mnie posłuchaj! Przekonałam ją to tego. Powiedziałam jej, żeby udawała, że coś do ciebie czuje.
Jęknąłem. Poczułem gniew.
Myślę, że udawała tę wielką miłość do ciebie. Myślałam, że jak usłyszysz o jej wyjeździe to zrezygnujesz. - szepnęła. - Ale się nie udało.
Oparłem głowę na dłoniach.
Jak mogłaś? - wycharczałem przez ściśnięte gardło.
Normalnie. I co? Jak się czujesz? - zaszydziła.
Poderwałem się. Zaskoczyłem ją tym. Bez zastanowienia wybiegłem na zewnątrz.
Czekaj! - wydarła się Agata.- Już za późno! Wyjechała!
Zignorowałem zdrowy rozsądek i jej głos.
Przed domem Natki stała moja matka. Patrzyła się bezradnie jak skrupulatny mężczyzna wkłada walizki do samochodu. Natka patrzyła na to z progu drzwi wejściowych. Ubrana była w te same ubrania jakie miała w pierwszy dzień szkoły w I gimnazjum. Gdy mnie zobaczyła, drgnęła. Moja mama odwróciła się z wyrazem zaskoczenia na twarzy.
Ja już wszystko wiem. - wymamrotałem. - To Agata powiedziała ci, że cię nie kocham i nakłoniła cię do wyjazdu, prawda?
Przekonała cię byś powiedziała swojemu ojcu...
Patrzyła na mnie. Jej opiekun zamarł a opiekunka wysiadła za samochodu.
Mam to powiedzieć głośno? - zapytałem dobitnie.
Maciek... - powiedziała.
Czułem jak świat kręci się tylko wokół nas. Nie było nikogo innego. Tylko my dwoje.
Tak, to prawda. - przyznała. - A czy to co się stało...
Niczego to nie zmienia. - zapewniłem ją. - Kocham cię. A Agata zrobiła to po to, żeby mnie zdobyć.
Rysy jej twarzy zmiękły. Podbiegła do mnie i wtuliła się we mnie. Zaczęła się trząść. Płakała.
Jak mogłam być tak głupia? - zapytała przez łzy. - Zwątpić w ciebie i...
Ciii... - szepnąłem.
Dorośli wymienili między sobą dwuznaczne uśmiechy.
W takim razie nie pozostało nam nic innego jak zaprosić panią i pani syna na kawę. - powiedziała opiekunka Natki.
O tak. - powiedział opiekun. - Dawno nie piłem kawy. To chyba z tego te nerwy w dzisiejszych czasach. A tę sprawę z wyjazdem, to załatwimy później. Jest jeszcze trochę czasu.
Dorośli parsknęli śmiechem a my byliśmy najszczęśliwsi pod słońcem.

       Czas leciał. Koniec II gimnazjum. Zerwałem jakikolwiek kontakt z Agatą. Nie mogłem na nią patrzeć. Rodzice Natki poważnie porozmawiali z rodzicami Merki. Wyciągnęli konsekwencje. Ojciec mojej dziewczyny znalazł nową pracę tutaj i wszystko wróciło do normy.
No trudno. - westchnął German. - Ja tam nie życzyłem wam źle. Ale jak Merki tak... To o czym my gadamy?
Uśmiechnąłem się. Wszyscy. Czyli ja, German i Natka siedzieliśmy sobie przy tych właśnie murach z którymi mieliśmy wspomnienia.
German radośnie paplał a Natka opierała się o mnie. Nie mogłem jej odmówić pocałunków.
No cóż... - powiedziała Natka. - Pogadajmy o „Igrzyskach śmierci: W pierścieniu ognia”. Co ty na to, German?
Ha! - krzyknął. - Nareszcie ktoś będzie chciał o tym ze mną pogadać.
Wzruszyłem ramionami.
Kto powiedział, że ze mną nie mogłeś?
A wyraziłeś chęć?
A mogłem?
Dobra! - przerwała nam Natka. - Uciszcie się obaj!
Bo? - zapytał buntowniczo German.
No właśnie, bo? - dorzuciłem.
Przewróciła oczami. Pocałowała mnie szybko a Germanowi zakneblowała usta ciastkiem.
Bo ja tak mówię i tak ma być...